Recenzje

Malarstwo i grafika Anny Spałek Młynarczyk są ze sobą spójne i czytelne, jak dzieła, wychodzące spod ręki jednego twórcy. A kiedy jeszcze oglądający ma świadomość, że twórczyni była uczennicą prof. Wiktora Zina ? od razu rozpoznawalne jest specyficzne widzenie świata.

Profesor Zin słynął z lekkiej ręki, co w szkicach przekładało się na niezwykłe kształty przedstawianego. A były to pejzaże, detale architektoniczne, precjoza przyrody, a czasami pojawiał się i człowiek.

Wiktor Zin ukochał naszą planetę z wszystkimi jej elementami florystycznymi, harmonijnie współgrającymi z detalem wpisanej w ich świat architektury. Przedstawiane budowle były u Zina takie, jakby motyl malował je skrzydłami. Czasami wydawać by się mogło, że zanika prawo ciążenia. Nic nie przytłaczało delikatnej struktury drzew, liści i kwiatów, ani wody w jej rozlicznych akwenach. Wszystko było na swoim miejscu.

Anna Spałek Młynarczyk jest duchową córką Mistrza, a stała się w jakimś sensie jego zastępczą ręką.

Nie chcę tu jednak krzywdzić Autorki posądzając ją o kopiowanie ukochanego Nauczyciela. O nie. Anna pokazuje nam swoje własne leciutko wyczuwalne, dyskretne zmiękczenie prezentowanego obiektu ? kompozycji, krajobrazu. Nie zezwoliła Mistrzowi na dobre osiąść w jej świecie malarstwa. Coraz bardziej po swojemu kilkoma, pozornie niedbałymi  pociągnięciami pędzla oddaje błysk, psychiczny przekaz sytuacji. W jej świecie odbiory tego, co na tyle ją poruszyło, że zechciała to utrwalić na płótnie, kartonie, kawałku drewna sprawiają, że Anna nie ginie w cieniu Mistrza. Wykluwa się z jego stylizacji jak motyl z kokonu.

Ma co prawda tak samo leciutką rękę i z pozorną nonszalancją pokazuje nam swój świat, ale widać tutaj jej kobiecy odbiór rzeczywistości. Prezentacje detalu, charakterystyka krajobrazu, kompozycji sprawiają, że Anna jest jednak trochę niepokorna. Przeistacza oglądane, aby nadać mu bardziej charakterystyczny, nie zinowski rys, uwypuklić to, czego ludzkie oko zrazu nie dostrzega i nagle pozwala objawić się niepowtarzalności przedstawianego świata.

Czasem spod grubego machnięcia pędzla wyłania się delikatny rysunek, detal jak kunsztowny drobiazg. Całość jednak pokazuje, że pomimo całego ukochania dla prof. Zina ? autorka szuka swojej własnej drogi i w rozmaitych okresach swojej twórczości delikatnie wyzwala się spod władania Mistrza. Ma swoje inności i własne widzenie świata. Przekonuje widza, że prezentowany obiekt jest bardziej ?jakiś?, niż w rzeczywistości.

Czy przez to popełnia minimalną choćby gafę? Ależ skąd! Jak wszyscy twórcy ? ma przecież prawo do własnej interpretacji świata i jego elementów, wśród których żyje. W ten sposób tworzy go na nowo i oglądamy pejzaże bardziej lub mniej zapadające w głąb naszej duszy, jak choćby żaglówki w zatokach, marinach i na pełnym morzu. Pięknie wprowadza nas Autorka w świat Irlandii i ukochanego niegdyś Kilkenny. Czujemy ducha tych czarownych uliczek i zakątków i – chcielibyśmy tam pojechać i pobyć trochę. Anna nie pozostawia jednakże swojego Krakowa bez adoracji. Oprowadza nas z pędzlem pod rękę po swoich ulubionych zakamarkach, z urokliwymi Plantami i zaułkami. Ujawnia tajemnice małych, drogich dla niej miejsc.

Tak samo dzieje się z kwiatami ? kolejnym, cennym dla malarki tematem. Nagle z przestrzeni materializuje się fakt ich istnienia, iskrzy się to, co jest jego istotą, a kwiat pozostaje rozpoznawalny jako gatunek. Czasem jednak pozostaje w domyśle i dopiero wnikliwe rozpatrywanie prezentowanego daje nam do myślenia to, co pokazuje autorka. To tak, jak z czytaniem ?Biblii? ? za każdym razem odnajdujemy inne ważności, subtelności starannie ukryte w tekście.

U Anny często po kilkukrotnym dopiero oglądaniu odnajdujemy ukryte przez autorkę fragmenty rzeczywistości. I dobrze. Niech każdy sobie domaluje własną wyobraźnią całą resztę.

Anna często sygnalizuje nam tylko przekaz, wołanie, jak nie do końca wydobyte z tajemnicy imię własne przedstawianego.

Marta Mollendo Pilszczek    Grudzień, 2012